Home
Prezentacje
Wspomnienie
Źródła
 
Home
W rocznicę Września 1939...
Oceny: / 30
KiepskiBardzo dobry 
Redaktor: Łukasz Kamiński   
01.09.2010.
 

W rocznicę Września 1939 r. 

W przypadającą dzisiaj 71. rocznicę rozpoczęcia II wojny światowej, warto przybliżyć wszystkie (ustalone do czasów współczesnych) przyczyny oraz okoliczności jej wybuchu. Tak jak niejedno wydarzenie historyczne, również wrzesień 1939 jest przedmiotem wielu przekłamań i mitów, a prawda bywa często trudna i bolesna.

Zamieszczam artykuł Bogusława Wołoszańskiego przedstawiający szczegółowo wydarzenia, które zapoczątkowały atak na Westerplatte 1 września 1939. W przypisach dodaję własne komentarze…

 

 

„Może już czas, po wielu dziesięcioleciach, zacząć odkrywać prawdziwy charakter wielkiego wydarzenia, które zmieniło Polskę, Polaków, Europę. Wrzesień 1939 roku tak długo był przedmiotem propagandowej manipulacji, że dzisiaj znamy jego bardzo wypaczony obraz.

 

Ta wojna zaczęła się daleko od Westerplatte i dużo wcześniej. W 1935 roku na wielkim poligonie pod Kijowem, gdzie Armia Czerwona zaprezentowała zachodnim obserwatorom swoje możliwości. Zagraniczni obserwatorzy wojskowi z podziwem patrzyli, jak tysiąc czołgów, które przebyły setki kilometrów, z marszu rozwijało bojowe formacje. Dla brytyjskiego generała Archibalda Wavella[1], który wiedział, że armia jego kraju dysponuje niewiele ponad trzystu czołgami, widok takiej masy pojazdów pancernych zgromadzonych na jednym poligonie był szokiem. A siła pancernej pięści zademonstrowana na wstępie ćwiczeń była tylko przygrywką do pokazów, które olśniły i przeraziły zagranicznych obserwatorów.

Zadziwieni patrzyli na wielkie samoloty TB-3,[2] z których wyskakiwały setki spadochroniarzy. W żadnym państwie świata nie myślano nawet o wojskach powietrznodesantowych, a pokazy pod Kijowem dowodziły, że w Związku Radzieckim są ich całe dywizje. Na łące lądowały duże samoloty transportowe, z których wyjeżdżały tankietki, samochody opancerzone i działa. Na oczach obserwatorów formował się oddział uderzeniowy, dysponujący artylerią i bronią pancerną. Był jak taran zdolny skruszyć obronę wroga, który nie mógł w tak krótkim czasie przygotować się do odparcia niespodziewanego ataku przeprowadzonego głęboko na tyłach frontu.

Dla oficerów z Zachodu wniosek był jeden: Armia Czerwona wkrótce będzie gotowa ruszyć na Zachód, a żadne z państw demokratycznych nie znajdzie dość siły, aby ją zwyciężyć. Tym bardziej że uruchomienie masowych zbrojeń, nadzwyczaj trudne w zachodnich demokracjach, wymagało czasu i mogło tylko sprowokować Stalina do wcześniejszej agresji.

A kto mógłby zatrzymać ten radziecki walec, gdy ruszy na Zachód? Oczy polityków zwróciły się na... Hitlera. Tylko Niemcy mogli stawić czoła radzieckiej potędze, zanim ta dotarłaby do Paryża. Oczywiście, pod warunkiem, że dostaliby szansę budowy wielkiej i silnej armii. I tak w roku 1935, gdy Armia Czerwona przestraszyła europejskich polityków i wojskowych, Zachód przymknął oczy na łamanie przez Niemcy ograniczeń zbrojeń, jakie narzucono temu państwu po pierwszej wojnie światowej[3]. Wehrmacht, który w tym roku zajął miejsce nielicznej Reichswehry, uzyskał nieograniczone możliwości stania się największą siłą Europy. A Hitler doskonale wiedział, że może sobie pozwolić na wiele więcej. 

 


Prezenty dla Herr Hitlera

 

Pochód na Zachód nie odbywałby się na wąskim odcinku frontu. Wielka Armia Czerwona z tysiącami czołgów rozlałaby się na setki kilometrów i przewaliła nie tylko przez Polskę, ale również przez Czechosłowację i Austrię. Wehrmacht, widziany już jako obrońca zachodniej cywilizacji, musiał mieć przestrzeń do działania.

Ta świadomość zbiegała się z ogromną niechęcią, jaką rząd brytyjski darzył Czechów. Premier Neville Chamberlain nazywał ich "ludźmi z dolnej półki"[4]. Czesi nie pozostawali dłużni, czego dowodem była rozmowa telefoniczna, jaką z prezydentem Edwardem Beneszem[5] przeprowadził Jan Masaryk[6], ambasador czeski w Londynie: – Ten złośliwy, stary.. (tu padło wyjątkowo obelżywe i niesmaczne określenie pod adresem Chamberlaina) stęsknił się za lizaniem dupy Adolfa – powiedział Masaryk. Już nawet wystawił język! – To wepchnij mu go z powrotem – poradził prezydent. – Postaraj się przywrócić mu zmysły. – Ta stara bestia postradała już zmysły, z wyjątkiem węchu, którym wyczuwa nazistowskie gówno i kręci się dookoła tego.

Chamberlain dowiedział się, co o nim sądzą czescy politycy, gdyż ich rozmowa została nagrana przez wywiad niemiecki i przekazana brytyjskiemu premierowi. Nie należy jednak sądzić, że miało to jakikolwiek wpływ na dalsze decyzje rządu brytyjskiego. Postanowienia konferencji w Monachium, gdy bez udziału Czechów zadecydowano o przekazaniu Niemcom części ich ziem, miały dać Wehrmachtowi dobre pozycje obronne przed nadchodzącą od wschodu Armią Czerwoną[7]. Wszystko dla zapewnienia bezpieczeństwa i uchronienia zachodniej cywilizacji przed bolszewickimi hordami. Pozostawał problem Polski.

 


Pan minister tańczy

 

Adolf Hitler, po obejrzeniu 10 października 1938 r. potężnych umocnień w pobliżu miasteczka Ceske Velenice, które tak hojnie przyznano Niemcom w Monachium, wygłosił przemówienie. Atakował Anglików ("Słabi, dekadenccy, prowadzeni przez zdegenerowaną arystokrację") i Francuzów ("Łacińskie kundle i wazeliniarze"). Nagle wspomniał o Polakach: – Podziwiam Polaków. Nie dają się zastraszyć. Mogę być przyjacielem Polaków i powiadomię mojego dobrego przyjaciela Lipskiego[8] (mówił o polskim ambasadorze w Berlinie), że może na mnie liczyć!

Kłamał? Nie. Wskazywał, w jaką stronę zamierza prowadzić swą politykę, w której Polska odgrywała bardzo istotną rolę. Uważał, że może dogadać się z naszym rządem. Dwa tygodnie później, 24 października 1938 roku, do Berchtesgaden przyjechał ambasador Józef Lipski. W pobliżu tego alpejskiego miasteczka miał swą oficjalną rezydencję Adolf Hitler, a to wskazywało, że wizyta polskiego ambasadora ma znaczenie szczególne.

Wieczorem Lipski spotkał się w restauracji hotelu Grand z Joachimem von Ribbentropem[9], ministrem spraw zagranicznych Niemiec. – Nadszedł czas osiągnięcia porozumienia we wszystkich możliwych sprawach, które powodują rozdźwięki między Niemcami i Polską – zaczął rozmowę Ribbentrop. Potem przedstawił propozycję: Polska odda Gdańsk oraz wyrazi zgodę na wybudowanie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej, które połączyłyby Rzeszę z Prusami Wschodnimi. To nie było żądanie, lecz propozycja ugody. Oferował, że w zamian Niemcy udostępnią Polsce podobną trasę drogową i kolejową biegnące przez Gdańsk, wolny port w tym mieście i rynek zbytu na polskie produkty.

Gdyby zatrzymać się na tym etapie propozycji Ribbentropa, można byłoby odnieść wrażenie, że była to szczera oferta. Jednakże Ribbentrop posunął się dalej, wskazując, że Polska powinna dołączyć do paktu antykominternowskiego[10], czyli proponował Polsce sojusz z Niemcami, Włochami i Japonią przeciwko Związkowi Radzieckiemu! A to stawiało nasz kraj w równym rzędzie z mocarstwami ówczesnego świata.

Czy Polska mogła zawrzeć sojusz z Niemcami? Dzisiaj odpowiemy: "nie", gdyż stalibyśmy się współwinni późniejszych masowych zbrodni nazizmu. Ale czy Włochom, Węgrom, Finom, Rumunom, Bułgarom i innym sojusznikom Niemiec ktokolwiek zarzuca udział w ludobójstwie?[11] Na szczęście nasz minister spraw zagranicznych Józef Beck nie musiał rzucać się w ramiona Joachima von Ribbentropa. Wystarczałoby, żeby wykorzystał ugodowe nastawienie Hitlera i szachował naszych wrogów (Związek Radziecki) i sojuszników (Francję i Wielką Brytanię) możliwością zawarcia paktu z Niemcami. W ten sposób mógłby wymusić na nich postępowanie korzystne dla Polski. Tym bardziej że dwa dni później Theo Kordt, pierwszy sekretarz ambasady niemieckiej w Londynie, a prywatnie członek opozycji antyhitlerowskiej, spotkał się z sir Robertem Vansittartem, głównym doradcą dyplomatycznym rządu brytyjskiego, i poinformował go o przebiegu rozmowy w Berchtesgaden.

Anglicy przestraszyli się nie na żarty. I zaczęli Polakom obiecywać gruszki na wierzbie, byleby trzymali się z daleka od Hitlera. Problem w tym, że minister Beck w te obietnice uwierzył. Zamiast rozgrywać niemiecką kartę, zamiast robić wszystko, aby storpedować możliwość zbliżenia Niemiec ze Związkiem Radzieckim, zaufał angielskim gwarancjom. Uwierzył, że Anglicy, choć mieli słabą i nieliczną armię i jeszcze słabsze lotnictwo, wyślą je do walki o Gdańsk, choć nie istniały żadne możliwości przerzucenia nawet tych słabych wojsk.

Minister wierzył, że Francuzi, którzy wydawali miliardy na budowę bunkrów Linii Maginota, nie będą tam kryć swoich żołnierzy, ale wyślą ich, aby ginęli w walkach na granicy Niemiec. W ostatniej chwili, gdy w marcu 1939 roku premier Chamberlain, niespodziewanie, bez konsultacji z parlamentem, udzielił Polsce gwarancji nienaruszalności granic, nie dostrzegł w tym podstępu, chęci usztywnienia polskiej polityki wobec Niemiec i storpedowania jakichkolwiek prób dogadania się z Niemcami. Działał tak jak tego sobie życzył premier Chamberlain. Minister potrząsał pięścią, krzyczał, że nie oddamy ani guzika[12].

– Zrozumiałem, że jeżeli uderzę na Zachód, Polacy, wypełniając swe zobowiązania sojusznicze, zaatakują nas – mówił Hitler do swych oficerów na tajnej konferencji w Berchtesgaden 22 sierpnia 1939 roku. – Dlatego zdecydowałem się rozpocząć wojnę z Polską. Polskie wojska wypełniły sojusznicze zobowiązania co do joty. Do początków października 1939 roku toczyły bohaterską, krwawą walkę w obronie ojczyzny. To politycy nie uchronili naszego kraju przed wyniszczeniem, tak wielkim, że jego skutki odczuwamy do dzisiaj. Zwłaszcza w polityce”.

 

Słupia, 1 IX 2010.

 

 

                    Brytyjski premier Arthur Neville Chamberlain

 

 

                        Prezydent Czechosłowacji Edward Benesz

 

                Jan Masaryk - Ambasador Czechosłowacji w Londynie

 

 

Wizyta ministra Józefa Becka w Berlinie, 3 lipca 1935 r.  Stoją od lewej: minister Joachim von Ribbentrop, minister Józef Beck, Adolf Hitler, minister Konstantin von Neurath, Hermann Goring, ambasador Józef Lipski.


 


[1] Archibald Percival Wavell, 1 hrabia Wavell (ur. 5 maja 1883 – zm. 24 maja 1950) — brytyjski marszałek polny, dowódca sił Armii Brytyjskiej na Bliskim Wschodzie i w Azji podczas II wojny światowej.

[2] TB-3 (ciężki bombowiec) - radziecki ciężki samolot bombowy z okresu przed II wojną światową. Znany też był pod oznaczeniem cywilnym - ANT-6. Jego konstruktorem był Andriej Tupolew. Pierwszy na świecie czterosilnikowy bombowiec jednopłatowy o całkowicie metalowej konstrukcji. Oblatany 22 grudnia 1930 roku.

[3] Jeśli tezy wysuwane przez pana Wołoszańskiego są w pełni prawdziwe, to uznać można że Wielka Brytania i Francja zastosowały starą rzymską maksymę „divide et impera – dziel i rządź”, stwarzaj podziały, wygrywj jednych przeciw drugim, a sam zyskuj przy tym. W wydaniu rzymskim zasada ta ułatwiła opanowanie basenu Morza Śródziemnego, natomiast Brytyjczycy i Francuzi w końcu musieli walczyć z oboma rozgrywanymi najpierw militarnie z III Rzeszą w II wojnie światowej a potem politycznie i gospodarczo ze Związkiem Radzieckim…  

[4] Arthur Neville Chamberlain (1869-1940) – brytyjski premier w latach 1937–1940, działacz Partii Konserwatywnej. Autor słów: „Czechy nie są warte ani jednej kości grenadiera Jego Królewskiej Mości”.

[5] Edvard Beneš ( ur. 28 maja 1884 w Kožlanach, zm. 3 września 1948 r. w Sezimovo Ústí) – polityk czeski, prezydent Czechosłowacji w latach 1935-1938, na uchodźstwie w latach 1940-1945, i ponownie w kraju w latach 1945-1948, premier Czechosłowacji w latach 1921-1922, członek parlamentu w latach 1920-1925 i 1929-1935.

[6] Jan Masaryk (ur. 14 września 1886 w Pradze, zm. 10 marca 1948) – czechosłowacki dyplomata i polityk socjaldemokratyczny, minister spraw zagranicznych Czechosłowacji w l. 1940–1948, ambasador Czechosłowacji w Wielkiej Brytanii w okresie 1925–1938. Syn Tomáša.

[7] Mając w pamięci pozytywną rolę jaką odegrały umocnienia w bitwie pod Verdun w 1929 roku Francja rozpoczęła budowę umocnień zwanych obecnie Linią Maginota.

Po dojściu do władzy Hitler zażądał od Czechosłowacji zwrotu przygranicznych ziem w okolicy Sudetów na których mieszkała liczna grupa Niemców. Rząd Czechosłowacji chcąc zabezpieczyć się przed ewentualnym atakiem rozpoczął w 1934 budowę umocnień dla których wzorem stały się fortyfikacje francuskiego sojusznika. Granica z Niemcami wynosiła 1545 km i miała być zabezpieczona na całej długości ale najcięższe obiekty miały powstać na odcinku ok 260 km między Karkonoszami a Ostrawą. Prace planowano zakończyć w latach 50-ch XX w. W 1935 r. powołano Dyrekcję Prac Fortyfikacyjnych i od jej czeskiej nazwy powstające bunkry pieszczotliwie nazywano rzopikami. Powstawały trzy rodzaje fortyfikacji:

- obiekty ciężkie - schrony piechoty dwukondygnacyjne z grubością ścian do 3,5 m i załogą 30-50 żołnierzy. Do 1938 r. wzniesiono 226 takich umocnień;

- obiekty lekkie z niewielką grubością ścian 0,5-1,5 m, załogą 4-7 osób. Niekiedy były one nazywane tradytorami (łac. traditor - zdrajca). Zamaskowane w otaczającym terenie miały za zadanie rozpoczęcie ostrzału od tyłu po przejściu niczego nie spodziewającego sił wroga. Ukończono ich ponad 9 tysięcy.

- twierdze - artyleryjskie grupy warowne - zespoły ciężkich budowli połączonych podziemnymi tunelami z zapleczem w którym były elektrownie, koszary magazyny itd. Ukończono 5 takich obiektów z planowanych 9-u. Są one w większości użytkowane obecnie przez armię czeską. Ciężkie forty znajdowały sie na odcinku Odra - Karkonosze 250, odcinek pd Morawy 6, na Słowacji 11. Forty lekkie i średnie zach i pd Czechy 3993, pn Czechy 1852, pd Morawy 1000, pn Morawy 1195, Słowacja 1942 obiekty. Ciężkie forty otrzymały stałą obsadę w postaci tzw. batalionów granicznych. Utworzono 11 samodzielnych batalionów granicznych i 4 pułki graniczne o 13 batalionach razem 24 bataliony. Forty średnie i lekkie miały być obsadzone przez specjalne formacje ZLO ( Zajiśteni Lehkeho Opevneni ) utworzono 10 pułków ZLO o numeracji 151-160 razem około 30 batalionów. Do tych samych celów miano użyć również 51 batalionów straży (Straż Prapory) oraz 33 bataliony SOS (Straż Obrony Statu) mobilizowane z oddziałów policji, celników, straży skarbowej i mieszkańców miejscowości nadgranicznych. Razem około 138 batalionów. Oprócz tego Czechosłowacja miała 34 dywizje piechoty, 4 skupiny piechoty (2 dywizje i 2 brygady piechoty) i 4 dywizje szybkie, łącznie 1 250 000 żołnierzy.

Doktryna obronna rządu Czechosłowacji zakładała powstrzymanie nacierających wojsk niemieckiego agresora przez jak najdłuższy okres a w tym czasie władza oraz strategiczne fabryki i obiekty miały być ewakuowane na teren Słowacji do czasu podjęcia działań wojennych przez złączoną sojuszem z Czechosłowacją Francję.
29 września 1938 r. na konferencji w Monachium Niemcy podpisali porozumienie z Francją Anglią i Włochami na mocy którego przygraniczne tereny Sudetów miały być włączone do III Rzeszy. Wówczas nie mogąc liczyć na sojuszników zaprzestano budowy umocnień. 15 marca 1939 bez jednego strzału Niemcy zajęli resztę Czech i Moraw.

[8] Józef Lipski herbu Grabie (ur. 5 czerwca 1894 we Wrocławiu, zm. 1 listopada 1958 w Waszyngtonie), polski polityk i dyplomata. Wstąpił do służby dyplomatycznej w 1919, od 3 maja 1933 do 1 września 1939 był posłem , a następnie po podniesieniu w 1934 szczebla przedstawicielstw dyplomatycznych, ambasadorem RP w Berlinie. Wraz z Konstantinem von Neurath podpisał 26 stycznia 1934 r. polsko – niemiecką deklarację o nieagresji. Po wybuchu II wojny światowej zaciągnął się jako szeregowy ochotnik do Armii Polskiej we Francji. Ukończył Szkołę Podchorążych w Camp de Coëtquidan, walczył w 1 Dywizji Grenadierów w Lotaryngii.

Odznaczony Krzyżem Walecznych, mianowany podporucznikiem, był doradcą politycznym w gabinetach Naczelnego Wodza: Sikorskiego, Sosnkowskiego i Andersa, z którym łączyła go przyjaźń. W kampanii włoskiej często uciekał na linię frontu i jako jeden z pierwszych wkroczył do Ankony. Zdemobilizowany w stopniu majora, był prezesem emigracyjnego Klubu Polskich Ziem Zachodnich. W 1947 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Raporty z jego misji w Berlinie wydał Wacław Jędrzejewicz.

[9] Ullrich Friedrich Willy Joachim von Ribbentrop (ur. 30 kwietnia 1893 w Wesel, stracony 16 października 1946 w Norymberdze) – minister spraw zagranicznych III Rzeszy w latach 1938 - 1945. Od 1934 kierownik biura do spraw zagranicznych NSDAP, zwanego najpierw Büro Ribbentrop, a następnie Dienststelle Ribbentrop. W 1936 został ambasadorem III Rzeszy w Londynie.

23 sierpnia 1939 roku w Moskwie podpisał ze strony III Rzeszy tzw. pakt Ribbentrop-Mołotow z ZSRR, którego istotą był tajny protokół, w którym III Rzesza i ZSRR rozstrzygały o przyszłym podziale Polski, krajów bałtyckich (Litwy, Łotwy, Estonii oraz Finlandii) pomiędzy ZSRR a III Rzeszę. Pakt umożliwił Hitlerowi atak na Polskę 1.09.1939 r., agresję ZSRR na Polskę 17.09.1939 r, atak ZSRR na Finlandię w grudniu 1939 r. (por. Wojna zimowa) i późniejszą aneksję Besarabii i krajów bałtyckich przez ZSRR (czerwiec-sierpień 1940 r.).

Podczas wojny Ribbentrop ponosił odpowiedzialność m.in. za deportacje ludności żydowskiej z krajów państw podporządkowanych Rzeszy do obozów zagłady. Sądzony przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze został skazany na karę śmierci. 16 października 1946 Joachim von Ribbentrop został stracony przez powieszenie. 

[10] Pakt antykominternowski – układ podpisany 25 listopada 1936 roku w Berlinie, przez przedstawicieli rządów Niemiec i Japonii, w celu koordynowania działań przeciwko Kominternowi - III Międzynarodówce Komunistycznej - organizacji utworzonej w Moskwie w 1919 r. z zadaniem kierowania działalnością partii komunistycznych i podporządkowania ich partii radzieckiej. Tajny protokół dołączony do układu zobowiązywał sygnatariuszy do zachowania neutralności, gdyby jedna ze stron znalazła się w stanie wojny z ZSRR. 6 listopada 1937 roku do paktu dołączyły Włochy, a później (do 1941 roku): Węgry, Mandżukuo, Hiszpania, Bułgaria, Dania, Finlandia, Rumunia, rządy Chorwacji, Słowacji oraz rząd Wang Jingweia z Nankinu (Chiny). Pakt ten był podstawą późniejszych umów wojskowych zawieranych między Niemcami i Włochami (22 maja 1939 roku) oraz Japonią (11 grudnia 1940 roku). Wspólnym celem tych państw było uzyskanie światowej hegemonii i przeciwstawienie się państwom alianckim.

[11] Dziś nikt nic nie zarzuca Włochom, Węgrom, Finom, Rumunom, Bułgarom którzy wstąpili w sojusz z III Rzeszą. Nikt wreszcie nie żąda odszkodowań ani przeprosin od Łotyszy, Ukraińców i Estończyków, którzy licznie zasilili dywizje Waffen–SS: 14 Dywizja Grenadierów SS (1. ukraińska), 15 Dywizja Grenadierów SS (1. Łotewska), 19 Dywizja Grenadierów SS (2. łotewska), 20 Dywizja Grenadierów SS (1. estońska), 45 Ochotniczy Pułk Grenadierów SS (1 estoński), 46 Ochotniczy Pułk Grenadierów SS(2. estoński). Łotysze i Ukraińcy służący w oddziałach niemieckich wzięli udział w licznych pogromach ludności żydowskiej. Natomiast Polaków, którzy przeciwstawili się agresywnej i szowinistycznej polityce Hitlera pozbawiono miana zwycięzców w wojnie i oszukano w 1945 r. Ponadto Polacy którzy z narażeniem życia ratowali Żydów, często ponosząc liczne ofiary, są dziś nazywani jednymi z największych antysemitów w Europie. Wobec przygotowywanych między innymi w USA pozwów sądowych musimy się liczyć z odszkodowaniami i zwrotami mienia osób, które w przeważającej większości bezpotomnie zginęły w czasie wojny. Dodać należy, że Polska była jedynym krajem w okupowanej Europie, w którym za ukrywanie Żydów groziła śmierć.  

[12] Fragment przemówienia Józefa Becka w Sejmie RP 5 maja 1939 r.: „Muszę sobie postawić pytanie, o co właściwie chodzi? Czy o swobodę ludności niemieckiej Gdańska, która nie jest zagrożona, czy o sprawy prestiżowe, czy też o odepchnięcie Polski od Bałtyku, od którego Polska odepchnąć się nie da!

Te same rozważania odnoszą się do komunikacji przez nasze województwo pomorskie. Nalegam na to słowo „województwo pomorskie”. Słowo „korytarz” jest sztucznym wymysłem, gdyż chodzi tu bowiem o odwieczną polską ziemię, mającą znikomy procent osadników niemieckich.

Daliśmy Rzeszy Niemieckiej wszelkie ułatwienia w komunikacji kolejowej, pozwoliliśmy obywatelom tego państwa przejeżdżać bez trudności celnych czy paszportowych z Rzeszy do Prus Wschodnich. Zaproponowaliśmy rozważenie analogicznych ułatwień w komunikacji samochodowej.

I tu znowu zjawia się pytanie, o co właściwie chodzi? Nie mamy żadnego interesu szkodzić obywatelom Rzeszy w komunikacji z ich wschodnią prowincją. Nie mamy natomiast żadnego powodu umniejszania naszej suwerenności na naszym własnym terytorium. (…)

Motywem dla zawarcia takiego układu byłoby słowo „pokój”, które pan kanclerz Rzeszy z naciskiem w swym przemówieniu wymieniał.

Pokój jest na pewno celem ciężkiej i wytężonej pracy dyplomacji polskiej. Po to, aby to słowo miało realną wartość, potrzebne są dwa warunki : 1) pokojowe zamiary, 2) pokojowe metody postępowania. Jeżeli tymi dwoma warunkami Rząd Rzeszy istotnie się kieruje w stosunku do naszego kraju, wszelkie rozmowy, respektujące oczywiście wymienione przeze mnie uprzednio zasady, są możliwe. Gdyby do takich rozmów doszło - to Rząd Polski swoim zwyczajem traktować będzie zagadnienie rzeczowo, licząc się z doświadczeniami ostatnich czasów, lecz nie odmawiając swej najlepszej woli.

Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor”.

Niestety nasi zachodni sojusznicy nie kierowali się honorem we wrześniu 1939 r. Podobnie mało honorowo zachowały się nasze władze – rząd z ministrem Beckiem i Wodzem Naczelnym Rydzem – Śmigłym opuścił kraj udając się do sąsiedniej Rumunii. Nie byliśmy jako państwo przygotowani na konfrontację zbrojną z potęgą III Rzeszy, przed która wkrótce ugięła się prawie cała Europa. Wmawiano społeczeństwu II RP że polska jest potęgą militarną, że "jesteśmy silni, zwarci, gotowi", że "nie oddamy ani guzika", tymczasem rzeczywistość okazała się inna. Niemniej społeczeństwo i wojsko zdało egzamin patriotyzmu, broniąc się i w zasadzie nigdy się nie poddając. Walką była nie tylko sama akcja zbrojna, walką było przede wszystkim przetrwanie... Honorem żołnierza jest walczyć dlatego można zrozumieć rozpaczliwe i beznadziejne starcia i bitwy września 1939. Natomiast niezrozumiałe było narażanie ludności cywilnej przez władze cywilne (obrona Warszawy 1939) jaki i przez wojskowych (Powstanie Warszawskie 1944), kiedy tysiącami ginęła ludność cywilna i bezpowrotnie zniszczeniu ulegały narodowe zabytki architektury i kultury. Podsumowując, egzaminu nie zdali politycy i niektórzy wyżsi dowódcy wojskowi, tylko czy można dopisać: jak zwykle?  

 

 1 IX 2010

 

 

 


 

Dariusz Baliszewski[1]

 

O śmierci gen. Władysława Sikorskiego.

 

Dlaczego go zabili? Nie ulega bowiem wątpliwości, że generał Sikorski jednak został zabity. Najpewniej historia odnajdzie na to pytanie wiele różnych odpowiedzi. I zapewne będą one prawdziwe lub bliskie prawdy. Wbrew temu wszystkiemu co zapisała biała legenda o Generale, w dniach gibraltarskich 1943 roku, Sikorski był już politykiem przegranym, niewygodnym i w najwyższym stopniu nikomu niepotrzebnym. Rzewne opowieści o jego przyjaźni z Churchillem czy Rooseveltem w świetle faktów można i należy włożyć wreszcie między bajki.

Próbowano go usunąć, a więc zabić już od dawna. Po raz pierwszy w marcu 1942 roku, gdy na pokładzie Liberatora, którym Sikorski leciał na spotkanie z Rooseveltem, znaleziona została i w ostatniej chwili rozbrojona, świeca zapalająca ogromnej mocy. Świeca, która z samolotu i polskiej ekipy pozostawiłaby w falach Atlantyku niewielką garstkę prochów. Kanadyjscy eksperci, którzy badali tę bombę, nie mieli najmniejszej wątpliwości - Sikorski tylko cudem ocalał.

Niewielu historyków pamięta, że owego zamachu na polskiego przywódcę dokonano, gdy próbował poprzez Roosevelta zapobiec porozumieniu brytyjsko-sowieckiemu, sankcjonującemu i legalizującemu zabór połowy ziem Rzeczypospolitej przez Rosję. Jak wiadomo, ta misja Sikorskiego się w pełni powiodła i choć w sierpniu 1942 roku Anglicy podpisali układ z Sowietami, to jednak nie zawierał on jeszcze wyroku na Polskę.
Powtórnie próbowano usunąć Sikorskiego w końcu 1942 roku, gdy na lotnisku w Montrealu nagle odmówiły pracy oba silniki samolotu, którym Sikorski udawał się do Waszyngtonu. Sikorski znów cudem ocalał. O zamach na swoje życie wprost oskarżył Brytyjczyków. Co zapisuje relacja jego adiutanta, kpt. Główczyńskiego, Sikorski zwracając się do gratulującego mu ocalenia marszałka brytyjskiego lotnictwa sir Fredericka Bowhilla miał powiedzieć: „Gdyby zechciał pan towarzyszyć mi jutro w drodze do Waszyngtonu, miałbym pewność, że nic mi nie grozi”?

Tym razem, w przeddzień konferencji w Casablance, polski generał leciał do Roosevelta z nadzieją, że zdoła uzyskać dla Polski na przyszłej konferencji pokojowej, obok zwrotu ziem wschodnich Rzeczypospolitej, także ziemie zachodnie. Jak wiadomo, tym razem nie uzyskał nic poza wyrazami sympatii dla Polski i Polaków. Ale tym razem, jak świadczą odnalezione w Kongresie USA dokumenty, Sikorski jednoznacznie zaszantażował prezydenta możliwością polskiego porozumienia z Niemcami: Polska zgłosiła w tym momencie swoją wyraźną obawę przed Teheranem i Jałtą.

W maju 1943 roku, gdy udawał się w podróż bliskowschodnią, polityczna pozycja Polski, a także samego Sikorskiego, wydawała się już zupełnie przegrana. Sowieci po tzw. kryzysie katyńskim, nie dość, że zerwali stosunki z Polską, to jeszcze zażądali usunięcia „faszysty Sikorskiego” i rekonstrukcji rządu polskiego, tak aby nie znaleźli się w nim ludzie nieprzychylni Rosji Sowieckiej i pokojowi na świecie. Równolegle, o czym historia nie zawsze pamięta, Niemcy zwrócili się do Sikorskiego z zaproszeniem do Katynia, obiecując pełne bezpieczeństwo. Historia nie pamięta także tego, iż Sikorski lecąc na swój tragiczny Gibraltar, otwarcie mówił, iż zamierza przenieść rząd polski z Londynu do Kairu lub może do USA. W każdym razie ostentacyjnie już manifestował swój brak zaufania do Brytyjczyków. O czym historia nie wie, a co zapisują i minister Tadeusz Romer, i ambasador Michał Sokolnicki, Sikorski nie życząc sobie brytyjskiej „opieki”, sam płacił za podróż. Podobnie nie ufając Brytyjczykom zażądał, by cała polska korespondencja przekazywana była wyłącznie przez polskich kurierów. Coś się zdarzyło podczas tej podróży? O czym historia nie wie i nawet się nie domyśla?

Oto gen. Ludomił Rayski, przedwojenny dowódca polskiego lotnictwa, a w latach wojny zwyczajny pilot brytyjski, na zapytanie prof. Janusza Zawodnego, co takiego się wydarzyło, czyli dlaczego zginął generał Sikorski, miał odpowiedzieć: „Katastrofa w Gibraltarze była zorganizowana przez Anglików. Ja byłem w Gibraltarze. Sikorski, mówiąc otwarcie, był agentem niemieckim od czasu Legionów. Coś tam zrobił na Middle East i Churchill wykończył go”.

Być może historia nigdy nie dowiedziałaby się, co takiego strasznego Sikorski zrobił na Middle East, gdyby nie niemieccy historycy, którzy niedawno  odnaleźli dokumenty współpracy polsko - niemieckiej z owych dni. Jak wynika z dokumentów przechowywanych w Politisches Archiv des Ausvartigen Amtes, Aktengruppe Inland, a także depesz Franza von Papena, ambasadora Rzeszy w Stambule, Polacy zgłosili się do Niemców i otrzymali  materiały w sprawie Katynia. Czyli Sikorski nie przyjął niemieckiego zaproszenia do Katynia, natomiast wyraźnie podjął z Niemcami współpracę w tej sprawie.  Wszystko wskazuje na to, że to te materiały, w świetle relacji posła Tadeusza Zażulińskiego, Brytyjczycy próbują odebrać Sikorskiemu  w Kairze  i to tych materiałów, w świetle relacji por. Ludwika Łubieńskiego,  poszukują na Gibraltarze trzykrotnie w ciągu nocy rewidując samolot generała Sikorskiego.

Generał Sikorski został zabity na Gibraltarze. Historia nigdy nie odnalazła owych dokumentów katyńskich, które wiózł ze sobą, by przedstawić je światu, a przede wszystkim Polakom podczas kolejnej kampanii wyborczej prezydenta Roosevelta. I być może nigdy się nie dowiemy, czy te dokumenty po śmierci generała znalazły się w tajnych sejfach Londynu czy może w postaci prezentu dla marszałka Stalina, wraz z ambasadorem Majskim, z Gibraltaru trafiły do Moskwy.

Zarówno film fabularny jak i serial fabularno - dokumentalny to próba zmierzenia się z historią i tajemnicą śmierci generała Sikorskiego. Padną pytania, na które nikt nigdy wcześniej nie próbował odpowiedzieć. Widzowie będą mieli szansę przyjrzeć się kulisom wielkiej polityki II wojny światowej.


Tyle Dariusz Baliszewski…



[1] Dariusz Baliszewski ur. 14 kwietnia 1946 w Warszawie - polski dziennikarz, historyk, publicysta. Współpracuje m.in. z TVP, Newsweekiem, Wprost. W latach 80. i 90. XX wieku prowadził popularne programy telewizyjne „Świadkowie” i „Rewizja nadzwyczajna”, mające wyjaśniać tajemnice dwudziestego stulecia, a szczególnie II wojny światowej. Autor sensacyjnych i czasem kontrowersyjnych artykułów o kulisach działalności wywiadów, Polskiego Państwa Podziemnego, rządu RP na uchodźstwie, Muszkieterów czy katastrofy w Gibraltarze. 2 listopada 1999 r. za zasługi w twórczości telewizyjnej, za osiągnięcia w pracy zawodowej i działalności społecznej prezydent Aleksander Kwaśniewski D. Baliszewskiemu srebrny Krzyż Zasługi.

Pozycje książkowe

  • Ilustrowany przewodnik po Polsce Stalinowskiej (wspólnie z Andrzejem Krzysztofem Kunertem)
  • Prawdziwa historia Polaków (wspólnie z Andrzejem Krzysztofem Kunertem)
  • Historia nadzwyczajna (2009)

 

 

 


 

Wywiad Krzysztofa Spóra z Dariuszem Baliszewskim, 27 marca 2009:

 

Dlaczego Sikorski zginął? Zamach na Gibraltarze miał miejsce.

3 kwietnia w polskich kinach pojawi się film Anny Jadowskiej, zatytułowany „Generał – Zamach na Gibraltarze”. Scenariusz powstał na podstawie długoletnich badań Dariusza Baliszewskiego, który odkrył nieznane nikomu fakty, które dowodzą, że generał Sikorski nie zginął w wypadku, ale został zamordowany. Dariusz Baliszewski to dziennikarz, historyk i publicysta. Jest autorem popularnych programów "Świadkowie" i "Rewizja nadzwyczajna" w TVP. Specjalista od zagadek II wojny światowej. Przedmiotem jego dociekań są m.in. kulisy działalności wywiadów i katastrofa na Gibraltarze. To właśnie o niej mieliśmy okazję niedawno rozmawiać.

  

 

Krzysztof Spór: Czy pamięta Pan ten moment, w którym zajął się wydarzeniami z Gibraltaru? Co spowodowało, że sięgnął Pan po tę tematykę?

 

Dariusz Baliszewski: 50. rocznica tego wydarzenia po prostu. To była okazja. Realizowałem autorski program "Rewizja nadzwyczajna" - bardzo popularny wówczas program w Telewizji Publicznej. Stwierdziliśmy, że nie może tutaj zabraknąć tematu tej rocznicy. Z największą niechęcią postanowiłem coś zrobić, bo historyk dokładnie wie, że jest to niezwykle trudne zadanie, że nie ma żadnych dokumentów, że jest to po prostu głęboka tajemnica wymagająca szalonej pracy, żeby wnieść coś oryginalnego, coś nowego, coś posuwającego do przodu dochodzenie. I wtedy wpadłem na pomysł zaproszenia do współpracy profesorów, naukowców z Politechniki Warszawskiej katedry Aerodynamiki Obiektów Ruchomych. Zleciłem ekspertyzę naukową, taką jak to się robi dzisiaj w przypadku współczesnych katastrof lotniczych, gdzie komputery odpowiadają na pytanie "co się zdarzyło?". I takie zadanie ci ludzie wykonali. Naukowcy gromadzili przez kilka miesięcy wszystkie dane dotyczące tego zdarzenia. Ustalaliśmy pogodę, jaka była tam wtedy naprawdę, księżyc i jego fazę, czy było jasno czy nie i wszystko to, co tylko mogło posłużyć do wykonania takiej symulacji. Biorąc pod uwagę różne warianty, różne pogłoski, przypuszczenia, domniemania, nie tylko w sprawach zablokowanego steru wysokościowego (oficjalna przyczyna katastrofy - od red.), ale także automatycznego pilota, próbowaliśmy odtworzyć bieg tamtych zdarzeń. Po badaniach pokazujących jak samolot zachowywałby się przy różnych awariach, po tysiącach symulacji werdykt naukowców brzmiał: "nie było katastrofy lotniczej". To, co się zdarzyło, nie mogło być katastrofą. Samolot wystartował i wzniósł się, nieważne czy na 10, 30 czy na 100 metrów, to nie ma żadnego znaczenia. Jeśli znalazł się w wodzie 500 metrów od brzegu, a następnie tonął od 6 do 8 minut, nie mógł ulec żadnej katastrofie.

 

  

To jest jeden z wielu, a zarazem podstawowy problem tego tematu, który przewraca tę sprawę do góry nogami. Idąc dalej odkrywa Pan kolejne elementy, które nie zgadzają się, nie pasują do oficjalnej wersji.

 

Wiele naukowych instytucji próbowało obalić wyniki badań Politechniki Warszawskiej, jednak nie udało się. Wszystkie obliczenia potwierdzają, że jednak się nie pomylili. Miałem dodatkowo werdykt jednoznacznie potwierdzony przez znaczące naukowe instytucje na świecie. W momencie, w którym nie musiałem już podejmować publicznych dyskusji z lotnikami, z technikami samolotowymi, które toczyły się od 50 lat, mogłem pójść dalej.

Zacząłem zastanawiać się nad dostępnością wielu dokumentów. Swoje Anglicy utajnili, uznają je za operacyjne, ale są jeszcze polskie dokumenty z tamtego okresu. Zacząłem też szukać ludzi, którzy tam byli, którzy mogli coś wiedzieć, którzy mogli coś słyszeć i tak powoli odnalazłem bezpośrednich świadków. Dotarłem do siedmiu osób, które były w tym momencie na Gibraltarze, w tym do trzech osób, które były na płycie lotniska, które widziały wszystko na własne oczy. Możliwość rozmowy twarzą w twarz z ludźmi stwarza bardzo szczególne możliwości, ponieważ nie kłamie się patrząc w oczy. Mało tego, jeśli się kłamie i kręci, to powoduje to następne pytanie. Rozmowy były uczciwe i szczere.

Z każdym rokiem liczba dokumentów, do których docierałem była coraz większa. Dotarłem do archiwum Heleny Sikorskiej, gdzie były listy najważniejszych osób z kręgu Sikorskiego i związanych ze sprawą gibraltarską. Przejąłem też archiwum Łubieńskiego, niezwykle ważne dla całej sprawy. Mam dokumenty Alicji Iwańskiej, żony Gralewskiego (kurier, którego ciało odnaleziono na płycie lotniska rano po katastrofie - od red.). Jako pierwszy mogłem zapoznać się z zapiskami Gralewskiego, jego drogi na Gibraltar.

 

  

Na płycie lotniska, po katastrofie znaleziono worek z pocztą pochodzący z samolotu Sikorskiego. To nie koniec niespodzianek…

 

Wiedziałem, że worek wypadł, bo to jest w dokumentach. Nagle od którejś z kurierek dowiedziałem się, że na płycie lotniska znaleziono również ciało. Udało mi się z nią porozmawiać i ona potwierdziła, że znaleziono ciało dziennikarza z Warszawy. Nie chciano zdradzić jego nazwiska, ale w toku dalszych rozmów dowiedziałem się, że to Gralewski. Nie znalazłem żadnego dziennikarza, który mógłby wtedy przebywać na Gibraltarze, nikt nie pasował. Dopiero w dokumentach polskiego posła w Hiszpanii znalazłem informacje o polskim dziennikarzu o nazwisku Gralewski. Tylko, że Gralewski nie był na pewno dziennikarzem…

 

  

Komu zależało na śmierci Sikorskiego?

 

Wszystkim zależało na śmierci Sikorskiego.

 


Dlaczego Sikorski zginął?

 

Myślę, że tajemnica śmierci Sikorskiego zapisana jest w prawdziwych powodach jego podróży bliskowschodniej (podróż inspekcyjna naczelnego wodza generała Władysława Sikorskiego na Bliski Wschód rozpoczęła się w maju 1943 roku - od red.), prawdziwych inicjatywach politycznych, jakie na Bliskim Wschodzie podjął. Na początku podejrzewałem, że chodzi o rozmowy z Rosjanami. Dziś wiem że rozmowy takie odbyły się, ale nie w formie, jakiej życzył sobie Sikorski. Wysłano do niego trzeciorzędnych dyplomatów, którzy nie mieli mu nic do zaoferowania. Dowiedział się za to, że "Rosjanie mają już własny polski rząd i nie będą prowadzić rozmów z tym faszystą Sikorskim".

Sikorski był załamany i to możemy udokumentować, ponieważ odnalazłem w literaturze niemieckiej sygnaturę dokumentu nuncjusza apostolskiego w Bagdadzie do Ojca Świętego, który donosi, że podczas jakiegoś spotkania odbył poufną rozmowę z Sikorskim, w której generał powiedział, że Polska przystępuje do wojny z Rosją. Nuncjusz odpowiedział, że Ojciec Święty i Kościół mogą się tylko modlić za Polskę a Sikorski odpowiedział, że niczego innego nie oczekuje. Mamy taki dokument. Coś się stało z Sikorskim na Bliskim Wschodzie. Nastąpił zwrot w jego polityce. On najbardziej, że tak powiem, spolegliwy polityk, dopuszczający możliwość ustępstw na rzecz Związku Sowieckiego, rozmawiający z nimi, choć protestowali przeciwko temu inni polscy oficjele, zmienia się. Od tej pory jest nieustępliwy.

 

  

Czy wtedy mogło dojść do spotkania z Niemcami?

 

Niemcy zaproponowali Sikorskiemu przyjazd do Katynia - mamy to w dokumentach. Miał dostać zapewnienie o nietykalności i absolutnym bezpieczeństwie. Sikorski oczywiście tej ofrty nie przyjął. Niedawno dotarłem do dokumentów niemieckich, które potwierdzają, że w Stambule przekazano Sikorskiemu poufne informacje. Wiemy, że Sikorski wraca z Bliskiego Wschodu z bardzo ważnymi dokumentami, które koniecznie chcą przejąć Brytyjczycy. Jeżeli dodać do siebie wiedzę, którą posiadamy, łatwo dojdziemy do wniosku, że w Kairze Sikorski wszedł w posiadanie dokumentów katyńskich, które miały być niezbitym dowodem, że sprawcami zbrodni byli Rosjanie. Ujawnienie takich dokumentów zachwiałoby koalicją aliancką podczas II wojny światowej.

 

  

Czy jest szansa, że kiedykolwiek dotrzemy do prawdy?

 

Ja jestem przeświadczony, że jest szansa. Po pierwsze dlatego, że takich ważnych dokumentów nikt nie niszczy, a jest ich bardzo dużo. Takie dokumenty są zazwyczaj w rękach niejednego wywiadu.


Czy sprawdziły się Pana wyobrażenia na temat filmu "Sikorski - Zamach na Gibraltarze"? Czy jest on zgodny z Pana wizją zdarzeń towarzyszących śmierci gen. Sikorskiego?

 

Nie odpowiem na to pytanie. Co innego jest dla mnie ważne. Cała Polska mówi o Sikorskim, o stosunkach polsko-sowieckich i ewentualnych polsko-niemieckich, cała Polska zastanawia się nad przyczynami tego, co się zdarzyło, w jaki sposób Sikorski został zamordowany i dlaczego. Dla historyka to jest najwspanialsza rzecz.

 

 

 1 XI 2010